Na imię mam Tomek
Jestem chory na depresję, mam 51 lat. Mówię o sobie, że jestem depresantem, tak jak wszyscy przyjaciele ze wspólnoty Anonimowych Depresantów. Na początku wydawało mi się to trochę dziwne, dopiero z czasem zrozumiałem, że jest to określenie bardzo uniwersalne, obejmujące nie tylko chronicznie smutnych, ale też cierpiących na depresję kliniczną połączoną często z innymi chorobami psychicznymi lub nałogami.
Moja depresja zaczęła się w 2002 roku, przyszła razem z krachem życiowym. Stanąłem przed ścianą spraw, które nie były już dla mnie do załatwienia. To była moja pierwsza tak poważna i niemożliwa do przyjęcia porażka. Zaczęły dziać się ze mną dziwne rzeczy, którymi byłem przerażony, pogłębiały mój lęk. Starałem się to wszystko ukrywać przed innymi, a to z kolei nakręcało spiralę lęku...
Rozpocząłem leczenie – różne leki, różni lekarze, różne próby, aby z tym skończyć...
Nic nie pomagało. Przez trzy lata siedziałem w domu wśród bliskich, którzy nie potrafili zrozumieć, co się ze mną stało. Gdy porcje leków przekroczyły dawki tolerowane przez organizm zacząłem wspomagać się alkoholem. Byłem pewien, że teraz już wszystko szybko się skończy, bo teraz byłem otoczony już dwoma murami, których przeskoczenie wydawało mi się zupełnie nierealne.
Aż nagle, w pewien majowy dzień 2005 roku wykonałem rozpaczliwy telefon do przypadkowo wybranej przychodni psychiatrycznej. Na nic nie liczyłem, raczej pragnąłem uśmierzyć wewnętrzny krzyk, wołanie o pomoc. W słuchawce usłyszałem miły głos dziewczyny, która zaprosiła mnie na wizytę do lekarza na następny dzień. Poczułem wtedy, że to jest jakaś szansa, tym bardziej, że jeden dzień mobilizacji, aby wytrwać przy swojej decyzji był dla mnie całkiem realny.
Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Od razu dobrze dobrane leki, terapia. Znów zobaczyłem świat..., ale widziałem go oczami „tamtego” Tomka sprzed depresji. Tomka, którego tak naprawdę nie lubiłem, nie chciałem nim być. Poczułem pustkę i całkowitą samotność. To był efekt kilku lat choroby. Wtedy na mojej, nowej drodze życia stanął stary przyjaciel (również chory na depresję). On powiedział mi o grupie Anonimowych Depresantów. Oczywiście decyzję, żeby tam pójść odkładałem przez wiele tygodni. Bo niby jak miałem pojawić się wśród ludzi? Jak z nimi rozmawiać? Przecież nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć... A ja bałem się wszystkiego, najbardziej odrzucenia, kolejnej porażki – więc jak miałem zdobyć się na działanie? Ale czułem, że nie mam wyjścia. Mogły być tylko leki, terapia, ten sam fotel, to samo okno i to samo łóżko. Pojechałem i... trafiłem na spotkanie ludzi, którzy mówili o moich problemach! Mogłem słuchać, mogłem mówić lub milczeć, nikt niczego ode mnie nie wymagał. Na początku moje nastawienie do prób radzenia sobie z chorobą było zdominowane starym sposobem myślenia i dlatego często nie zgadzałem się z tym co usłyszałem, ale czułem, że jest to miejsce dla mnie. A potem w ciągu trzech miesięcy spotkało mnie tyle dziwnych przypadków... Teraz już wiem, że to nie były przypadki.
W
spotkaniach Anonimowych Depresantów uczestniczę ponad dwa lata. Równocześnie
chodzę na ćwiczenia opracowane na bazie 12 kroków, biorę leki i uczestniczę
w terapii. Nauczyłem się inaczej patrzeć na świat, siebie i Boga. Uznałem
bezsilność wobec choroby i lęków, żyje z nimi. W każdym przerabianym kroku
odkrywam nową wartość. Moje życie stało się prostsze i pełne miłości.
****
Co zrobić z życiem
Które już było
Gdy dusza umarła
A ciało jeszcze żyło
Jak obudzić na nowo jej światło
I podtrzymać płomień by nie zgasło
Teraz mam w Bogu sojusznika
W człowieku przyjaciela
Nie straszna mi już depresji ciemna cela
Z życzeniami pogody ducha,
Tomek